Google+ Followers

wtorek, 6 stycznia 2015

Kocham zieleń. Z wzajemnością?...

Obudziło mnie słońce. Wstyd się przyznać, bo nie było to bladym świtem, jak latem. A jednak, jak w porze kwiatowego wybuchu, mój wzrok najpierw padł na zieleń. Nie za oknem, tylko przed, bo moje balkonowe rośliny zostały opatulone włókniną. I niespodzianka, bo zakwitła hortensja, która zimę spędza w chłodnej części pokoju, czyli tam, gdzie całe skupisko doniczek.


Moje rośliny najlepiej czują się przy oknie, w chłodnej i jasnej części pokoju. Czasami mam wrażenie, że... zarastam ponad miarę.


Ale jak nie kochać zieleni, gdy ona okazuje nam tyle serca?


A to wspomniana hortensja. Jest nieco bledsza niż latem, ale któż z nas w styczniu wygląda kwitnąco:) Pewnie nie powinnam jej pozwolić na to, by wydała kwiaty, ale... przecież jej za to nie zabiję.

Rojnik też daje radę. W ubiegłym roku inny egzemplarz uległ mrozom na zewnątrz, więc może ten dotrwa do wiosny.

A to plektrantus. Siedzi wewnątrz już drugą zimę z rzędu. Trochę łysieje i powinnam go odmłodzić, ale był tak okazały w listopadzie, że żal było mi go przycinać. 




A to już okolice parapetu kuchennego. Rośliny zaczynają się z niego rozłazić we wszystkie strony, ale jakoś mi to nie przeszkadza.


Od czasu do czasu wśród liści pojawia się takie cudo. Teraz akurat hibiskus nie kwitnie, ale na pewno wkrótce znów mnie zaskoczy.



A to jedna z ostatnich nowości, czyli wawrzyn szlachetny. Bardziej znany z torebek na półce z przyprawami jako liść laurowy. Dostałam go w prezencie, za który jestem naprawdę wdzięczna.

I mój ostatni nabytek - araukaria. Jest młodziutka, jak widać.