Google+ Followers

sobota, 28 czerwca 2014

Wreszcie lato

Pierwszy wakacyjny poranek. Co prawda nie zapowiada się, że moje lato będzie szczególnie leniwe... Na szczęście mam swój zielono-kolorowy zakątek, gdzie choć trochę mogę pozażywać natury.

Taka biedronka mnie dzisiaj odwiedziła. Wygląda jakby dopiero co wyleciała od lakiernika... Ale choć można się jej urodą zachwycać, to warto wiedzieć, że to gatunek inwazyjny pochodzący ze wschodniej Azji. Może zagrażać naszym własnym biedronkom.
Biedronka to nie jedyny gość. Żmijowiec, który debiutuje w tym roku na moim balkonie, przyciąga też inne owady.

Delikatne niebieskie kwiaty uwielbiają trzmiele.




A to żmijowiec w białej wersji.

Zakwitł pierwszy maczek kalifornijski.

O tym, że mamy lato obwieścił dzisiaj słonecznik swoimi żółtymi płatkami.

Nie mogłam doczekać się tych kwiatów. To nolana. Posiałam po raz pierwszy, nie wiedząc, co mnie czeka. Nie żałuję.

Róże są... różne. To miniaturka, która wydaje pojedyncze kwiaty.

To prawdziwa piękność, która ugina się pod ciężarem różowego wdzięku. 

I czerwona, która kwiatów ma mniej, co nie oznacza, że nie zasługuje na podziw.
A to cebulka, okrągła jak kulka. Tyle że to część naziemna.


sobota, 21 czerwca 2014

Gratka dla bratka

Mamy lato! Choć pogoda o tym nie świadczy. Ale znakomicie się za to czują bratki. Dla nich rekordowy sezon. Pierwsze zagościły na moim balkonie już w lutym, czyli cztery miesiące temu. I wciąż mają się dobrze, a kwitnienie zdaje się nie mieć końca. Oto niektóre dzisiejsze okazy.








wtorek, 17 czerwca 2014

Trzy niespodzianki

Kiedy wychodziłam do pracy, żegnałam rośliny z przyczajonymi do rozkwitu pąkami. Po powrocie zastałam trzy kolory. Takie małe wtorkowe zaskoczenie w promieniach słońca.

Nieśmiały jeszcze motylek. Nie trzeba uzasadniać, od czego pochodzi nazwa, choć nie jest jeszcze w pełnym rozkwicie.


Pierwsza nemezja. Szykuje się feeria barw, bo kolejne egzemplarze czekają w kolejce do słonecznych promieni.

Żmijowiec w wersji ogrodowo-balkonowej. Pąki różowe, kwiaty niebieskie. Cudo! Na łąkach też takie rosną, choć mają nieco drobniejsze kwiaty.

niedziela, 15 czerwca 2014

Kwiatowe miniaturki

Pierwsza dziesiątka. Z resztek, z nitek, ze skrawków, które czekały na zagospodarowanie. Miniatury, trochę jak w zielniku. Na różne okazje. Mogą to być broszki, mogą być magnesiki na lodówkę, zawieszki, breloczki. Co podpowie wyobraźnia.


Trzy czerwone róże.

Wspomnienie niezapominajek.

Może astry, a może nie?

Polne kwiaty, czyli na czasie.

To z głowy, czyli z niczego, jak mówią politycy.

Lawenda, do której nie mam ręki.

Róże mogą być też żółte, jak widać.

Wspomnienie mojej ubiegłorocznej hortensji.

Maki i maczki.

I delikatne białe różyczki.

czwartek, 12 czerwca 2014

Popołudnie w ogrodzie

Kilkanaście metrów kwadratowych w centrum miasta. A ile może pomieścić radości! Kwiaty zajmują bardzo dużo czasu. Wcale nie dlatego, że wymagają ciągłej pielęgnacji. Owszem, trzeba podlewać, nawozić, odpędzać tłuste zielone mszyce, skubać to, co przekwitło. Ale tak naprawdę raz posadzone, rosną i rosną. Później to zachłystywanie się ich urodą pochłania długie kwadranse, a przez to popołudniowa kawa trwa niemal do wieczora. Ale jak nie podziwiać doniczki po doniczce? Tyle się dzieje, że można zwiedzać i zachwycać się co kilka centymetrów.



To dzisiejsza niespodzianka - zakwitły pierwsze róże. Ta miała być czerwona, tak wynikało z opisu. I tak jest piękna.
Pąk pękł. I zamiast bladego różu, jest czerwień, moja ulubiona.
Duuużo petunii. A to zaledwie połowa.

Pan słonecznik i trzy czerwone samochodziki:)

Begonia nieco udaje różę.


Różowy zakątek, czyli goździki i kwitnący rojnik.
Nowy mieszkaniec balkonu, czyli rojnik przyniesiony godzinę temu.

I tak można bez końca, bo aksamitki rozkwitają, są też inne pąki, które tylko czekają, by objawić swą niezwykłość. Nie mogę doczekać się moich kochanych nemezji, a także nowości, czyli kwiatków motylka. Posiałam po raz pierwszy.

środa, 11 czerwca 2014

Druga nitka już jest!

Kierowcy jeszcze poczekają na drugi most na Nogacie, choć zapowiedzi co do jego budowy są wreszcie naprawdę optymistyczne. Ale ja swoją drugą nitkę już mam. Jest... czerwona.
To żartobliwy obrazek, na którym rosną trzciny, lilie wodne, grążel żółty. Sama natura, która powstała najpierw w wyobraźni, a potem z nitek i tkaninowych resztek. Trafi na kolejną torbę. 

Nie ma co biadolić, trzeba brać sprawy w swoje ręce:)

wtorek, 3 czerwca 2014

Kolory w czerwcowej mżawce

W moim ogrodzie w centrum miasta rośliny się nie lenią. Dzisiaj przecierają trochę oczy, bo krople deszczu osiadły im na kwiatach. Jest cudownie, bajkowo, kolorowo. A przecież to dopiero początek wielkiego wybuchu zieleni, barw i zapachów.

Bluszczyk kurdybanek oszalał! W naturze można go spotkać niemal na każdym miejskim trawniku. U mnie jest szanowanym zielonym tłem, które - jak widać - próbuje wybić się na pierwszy plan. Nieposkromiony, rozłazi się gdzie się da:)


Wciąż tylko zielono w różach. Ale to tylko kwestia czasu, by rozchyliły dziesiątki pąków. Nakarmiłam je fusami od kawy i oto efekt:)

W miniaturowym ogródku skalnym też sporo się dzieje. Rojniki zimowały w domu, ale, jak widać, dały radę.


Wciąż wiosna, więc i bratków pełno. Trochę je zmęczyły majowe upały, ale wciąż są niezwykłej urody.


Zakwitają pierwsze aksamitki, hodowane od kwietnia na parapecie. Na razie to miniaturki, ale i tak cieszą oczy. To najprostsza i najłatwiejsza roślinka, z którą poradzą sobie nawet początkujący ogrodnicy.
Pelargonia przespała zimę w pokoju. Teraz odwdzięcza się za opiekę.
Begonia przywędrowała do mnie przypadkiem. Ale polubiłyśmy się od pierwszego wejrzenia.
I kolejna plama koloru, czyli goździk, który wygląda jak zmokła kura, ale rewanżuje się zapachem. 
 Naprawdę nie trzeba wiele, by cieszyć się naturą od wschodu do zachodu słońca, właściwie nie wychodząc z domu. To nie kwestia czasu, bo jego nigdy nikt nie ma w nadmiarze. Ale to daje radość, to uspokaja. I codziennie przy porannej kawie można poczuć się niczym Kolumb, bo kolejny pąk, obsypana kwiatami gałązka czy nowe pędy, to naprawdę wielkie odkrycia.
Namawiam, próbujcie. Można wystartować od jednej doniczki, by odkryć w sobie ogrodniczą pasję. Później zacznie brakować miejsca, by rozwijać skrzydła:) Ja mam jeszcze zaczątki lasu iglastego z aromatyczną sosną, świerkiem, jodłą i modrzewiem oraz liściastego parku, w którym rosną klony, jesiony, dziki bez, głóg i klon jawor. To uratowane z trawników siewki, które zostałyby bezpowrotnie okoszone. Są też dwie malutkie lipy, które przyszły na świat pewnego wiosennego poranka w ubiegłorocznej doniczce. Na brak atrakcji więc narzekać nie mogę.