Google+ Followers

środa, 21 grudnia 2016

Zima przyszła niepostrzeżenie

Mamy dzisiaj dwie okazje do świętowania, albo... nie. Zależy od nastawienia. Otóż to początek astronomicznej zimy. Ja jestem optymistką, więc zima to niby brrrr, ale przecież mrozów nie widać na horyzoncie. Za to coraz bliżej wiosna, więc jest się z czego cieszyć.
A drugi powód? Po najkrótszym, bo trwającym zaledwie 7 godzin i 43 minuty dniu, każdy następny będzie dłuższy. Więc odetchniemy my, ale i nasze rośliny, które blade, chude i powyciągane tęsknią za słońcem.

A tak w zimowy dzień wygląda moja bugenwilla. Nie jest tak intensywnie wybarwiona jak latem, ale oko cieszy.

Tu widok z góry. Po przeniesieniu do domu straciła wszystkie liście. Ale żyje.

A to begonia, czyli moja letnia ozdoba talerzy. Pobyt w kuchni niezbyt jej plaży, ale żyje.

Chińska róża zaczyna kwitnąć, choć też wyłysiała jesienią, gdy przeniosłam ją do domu.

Niestety, nie zdążyłam wykopać begonii bulwiastych. I po króciutkim śnie - wystartowały. Ale może czują, że wiosna szybko nadejdzie?


Wciąż kwitnie anturium. A w kuchni choinkę udaje araukaria.

A za oknem - róża.

A to nieco inspirowane naturą moje kwiaty. Udają trochę dzikie róże.

I moje maki ulubione. Drugie wspomnienie lata.


wtorek, 15 listopada 2016

Ławka dla każdego, czyli mój projekt w budżecie obywatelskim

Ławki w mieście potrzebne są wszędzie, nie tylko w reprezentacyjnych miejscach. A i model siedziska powinien być dopasowany do potrzeb bezpośrednio zainteresowanych.

Jeszcze tylko pół miesiąca zostało, by głosować na projekty zgłoszone do budżetu obywatelskiego na 2017 r. Na liście wśród 20 różnych zadań jest jeden mój pomysł, czyli „Ławka dla każdego”. Dla każdego, bo jeśli projekt by się spodobał i byłby realizowany, to sami mieszkańcy wskazaliby miejsca, gdzie staną ławki, co więcej wybraliby konkretny model, na którym najwygodniej byłoby im siedzieć. Ławkowa inicjatywa ma numer 14. Kto więc jeszcze nie głosował, a jest mieszkańcem Malborka, który obchodził już 16 urodziny, może to zrobić np. na urzędowej stronie internetowej www.budzetobywatelski.malbork.pl. Można to zrobić do 30 listopada. Co więcej, choć oddać głos można tylko raz, to taki jednorazowy wybór dotyczyć może pięciu projektów, a nie wyłącznie jednego, najbliższego naszemu sercu. 

Dlaczego właśnie ławki? Z mojego doświadczenia zawodowego (jestem dziennikarką od ponad dwóch dekad) wynika, że nie maleje liczba postulatów o ustawienie kolejnych ławek: na przystankach, na drodze prowadzącej do przychodni, do przedszkola, do centrum miasta, przy placach zabaw. Zwykle ławki pojawiają się właśnie po wyraźnej interwencji mieszkańców, wspartych jeszcze interpelacjami radnych, albo przy okazji przebudowy czy modernizacji pewnego obszaru miasta. Ale, wbrew pozorom, ławka to nie tylko gadżet w przestrzeni publicznej. I stoi nie tylko w celach rekreacyjnych, gdzie siada się, obserwuje to, co wokół, słucha śpiewu ptaków i szumu fontanny, czyta książkę. Dla wielu mieszkańców ławka to niezbędny do życia miejski mebel, wręcz urządzenie lecznicze.
Dlatego projekt „Ławka dla każdego” zakłada, że najpierw wśród mieszkańców przeprowadzone zostaną ankiety, jakie chcieliby ławki (wygodne, z oparciem, dwuosobowe, pięcioosobowe, pojedyncze, z możliwością przestawiania i ustawiania według potrzeb), czyli wybieraliby spośród kilku zaproponowanych modeli, a także - w jakich konkretnych miejscach miałyby te siedziska stanąć. Te lokalizacje zostałyby naniesione na mapę miasta. Jeśli zgłoszone przez mieszkańców zapotrzebowanie na ławki byłoby większe niż możliwości finansowe na ich zakup, odbyłoby się dodatkowe głosowanie, by ostateczna decyzja należała do przyszłych użytkowników.
Projekt ma więc wymiar nie tylko użytkowy, nie tylko poprawiający stan miejskiej infrastruktury. Zakłada także duży udział mieszkańców, bo wszelkie działania służyłyby zaspokojeniu ich potrzeb, poprawie jakości ich codziennego życia. Co więcej, przewiduje współdziałanie z przedstawicielami różnych środowisk, reprezentujących różne grupy interesów: od rady seniorów, przez organizacje pozarządowe, młodzieżową radę miasta, by ostatecznie ławki i miejsca, w których staną, odpowiadały oczekiwaniom jak najliczniejszym grupom mieszkańców. Takie wspólne działanie gwarantowałoby promocję samej idei, ale i wsparcie w przeprowadzeniu ankiet.
Przedsięwzięcie nie przekreśla także współpracy z radą gospodarczą, bo w ramach międzysektorowej kooperacji do udziału w projekcie można zaprosić potencjalnych sponsorów wywodzących się z lokalnego biznesu. Wówczas ufundowane przez nich dodatkowe ławki byłyby odpowiednio oznaczone.
Komu się spodobało, do dzieła. Pomóżmy tym, dla których ławka to nie tylko element przestrzeni, ale miejsce spotkań, albo odpoczynku przy drodze.




wtorek, 8 listopada 2016

W balkonowym brzozowym gaju rosną... grzyby po deszczu

Wyskoczyłam dzisiaj na chwilę na balkon. Brrr... Jesienne sprzątanie wciąż przede mną. Ale chciałam zgarnąć szybko pelargonie, bo chcę je przetrzymać do wiosny w domu, jak zwykle. Niestety, wczoraj pracowałam do północy i... mróz mnie trochę wyprzedził: zmarzł trzyletni plektrantus. Trudny był do ogarnięcia, bo krzewisko się z niego zrobiło przeogromne. No i szkoda, że go nie będzie...

Mam przeogromną słabość do brzóz. Dwie mieszkają na balkonie. Chciałam je po pniach pogłaskać. I wtedy odkryłam.. grzyby. Najprawdziwsze, które nie wiadomo skąd się wzięły. To znaczy wyrosły, ale w doniczce. Wiem, że ludzie mają prywatne grzybowe kolonie w ogrodach. Ja wcześniej znalazłam maleńkiego grzybka w doniczce na kuchennym parapecie, nie przypuszczałam jednak, że pod moją brzózką znajdę takie jesienne cudeńka. Nie pojęcia, jakie to grzyby. Najważniejsze, że wyglądają cudnie w donicy, która stoi w samym centrum miasta. To dopiero czad!


Wszystkie grzyby rosną jednakowo, jakby nieco krzywo. Być może to charakterystyczna cecha dla tego gatunku...

Takie cuda tylko w donicy na balkonie w centrum miasta :)


Ci dwaj bracia przycupnęli otuleni przebarwionym bluszczykiem kurdybankiem. Co za kompozycja!

Wystarczyło trochę mchu, by zrobiło się bardzo leśnie.

A to na dowód, że nie ściemniam. Miniaturowy brzozowy gaj mam w donicy.



To dawniejsze znalezisko z kuchennego parapetu.

środa, 2 listopada 2016

Gra w listopadowe kolory

Wciąż bez przymrozków. Hurra, bo mogę cieszyć się plamami barw za oknem.No i nadal jest szansa, że część upcham jeszcze w domu, by przezimować. Oleander, bugenwilla, oliwka, laur - już dawno są wewnątrz. Ale z pelargoniami się ociągam, bo szukam dla nich miejscówki. Nie mówiąc o rozmiarach plektrantusa. Na razie nie mam na niego pomysłu, ale żal kilkuletniego krzaczora. 
Co prawda, wiele liści winobluszczu, głogu, róż czy chmielu już dawno porwał wiatr, albo strząsnął tylko, dając mi pracę. Ale niektóre rośliny wciąż prezentują się pięknie. Modrzew prawie świeci w mroczne dni, tak samo, jak złote brzozy. Dzisiaj wyskoczyłam na moment, by wziąć do domu begonię stale kwitnącą, bo jest pyszną, lekko kwaśną dekoracją jedzenia. I choć padał deszcz, obserwowałam z bliska cuda i dziwy natury.


Rozchodnik, niczym kameleon, przebarwił się ze srebrnego w różowoczerwony. I wciąż kwitnie. 


Róża walczy z czasem, by się rozwinąć przed zimą. I nic sobie nie robi z biegających po niej mszyc...

Pelargonia jeszcze w formie, choć inne krzaczki już sobie kwitnienie odpuściły.

Uczep nie jest już bardzo okazały, ale pojedyncze kwiaty wciąż lśnią.

Stokrotka afrykańska cieszy oczy od lata. Chcą ją ocalić i przetrzymać pod dachem do wiosny.

Drugą zimę w mieszkaniu zamierzam przetrzymać również psiankę jaśminową. Na razie wciąż na zewnątrz i wciąż w kwiatach, choć pędy już łyse.

A to chyba już pożegnalny kwiat begonii bulwiastej przed snem zimowym.


Moje kochane złote brzozy pięknie szumią na wietrze. A tuż obok wierzba, którą hoduję od gałązek znalezionych na trawniku.

Modrzew prawie świeci w pochmurny dzień.

A to gigantyczny plektrantus.Nie wiem, czy zdołam go przechować do przyszłego sezonu.








czwartek, 20 października 2016

Zieleń w przestrzeni

Nie miałam wczoraj  czasu na długie spacery. Przeszłam się więc tylko główną ulicą. A tam - pełno zielonych niespodzianek.



Zieleń tak bardzo chce rosnąć w naszym sąsiedztwie! To samosiejki drzew, które znalazły dla siebie przytulną szczelinę między płytkami chodnika.
"A to feler" - westchnął seler. Czyli pełne zaskoczenie.

Bo to nie jest żadna eksperymentalna miejska farma, niestety. To tylko stojak z pelargoniami, wśród których wyrósł całkiem dorodny seler.
Powój też nie chce się dać po prostu wykosić, tylko wspina się coraz wyżej i wyżej, korzystając z usłużności ulicznej latarni.
A to - prawie - kwietna łąka. Prawie, bo choć namiastka łąki, to jednak w takim miejscu nie powinno jej być. A jest. Samorodna i dorodna.

Czyż zatem to nie najlepszy dowód na to, że zieleń się do nas przymila, zbliża, chce nas otoczyć, bo dobrze się czuje w naszym towarzystwie. I chce nas przekonać, że i my dobrze czulibyśmy się, mając ją u boku...
Ale to jednak, jak pokazują twarde dowody, zbyt idealistyczne podejście.
W moim mieście trwa właśnie konsultowanie projektów do budżetu obywatelskiego. Tak się składa, że jest autorką trzech pomysłów, ale dwa z nich nie zyskały uznania w oczach komisji oceniającej. Baaardzo szkoda mi Mobilnego parku, najbardziej. Bo właśnie to miał być taki miły zielony sąsiad. Oto, jak go opisałam.
"Mobilny park na pozór byłby zwyczajnym małym, tzw. kieszonkowym, parkiem. Jednak jego niezwykłość polegałaby na tym, że co roku, albo nawet kilka razy w sezonie, mógłby zmieniać lokalizację. O tym decydowaliby mieszkańcy w głosowaniu.
To rozwiązanie idealne dla miejsc, które z różnych powodów nie nadają się do stałych nasadzeń (bo będą tam inwestycje, bo pod ziemią jest ważna infrastruktura), albo nie ma jeszcze tyle pieniędzy, by zrealizować projekt docelowy. Wówczas jednak, by umożliwić mieszkańcom kontakt z naturą, zieleń pojawiałaby się choć na krótko. Tym bardziej, że w Malborku tereny zielone zajmują zaledwie 8 proc. powierzchni miasta. Trudno więc nie zauważyć poważnych deficytów w poszczególnych dzielnicach.
Mobilny park składałby się z drzew i innych roślin w donicach lub kontenerach, ławek, leżaków, parasoli, dających cień żagli do rozwieszenia, stolików, stojaków na rowery, koszy na śmieci itp. Czyli wszystkiego, co potrzebne do tego, by przysiąść, odpocząć, nacieszyć się zielenią. A dodatkowym atutem byłoby to, że można taki park bardzo szybko zapakować do większego samochodu i przewieźć w każde wybrane przez mieszkańców miejsce.
Realizacja krok po kroku, to: wybór pojemników, roślin i pozostałego wyposażenia; kampania informacyjna promująca ideę tego przedsięwzięcia we współpracy z miejscowymi mediami, ale i organizacjami pozarządowymi. Później głosowanie na pierwszą lokalizację mobilnego parku, które mogłoby być prowadzone np. na stronie internetowej Urzędu Miasta, ale i w wersji papierowej. Na końcu zainstalowanie i oddanie do użytku parku. Ważne: z góry trzeba byłoby określić miejsce zimowania roślin i zabezpieczyć je przed przemarzaniem oraz dopasować typ pojemników do niskich temperatur.
Mobilny park może stać się tłem i inspiracją dla wielu ulicznych akcji, animacji, zabaw, sąsiedzkich imprez, warsztatów z różnych dyscyplin, także z zakresu edukacji ekologicznej. Park byłby też takim małym zalążkiem działań rewitalizacyjnych, przede wszystkim tych w społecznym wymiarze. Pojawienie się atrakcyjnego miejsca w zdegradowanym obszarze budzi ciekawość, przyciąga, wywołuje reakcje. Z czasem tak zagospodarowany skwerek zaczyna tętnić życiem, radością, staje się scenerią do twórczych aktywności. Proponuję, także by drzewa rosnące w donicach/kontenerach dedykować konkretnym malborczykom, czyli tym Zasłużonym dla Miasta, którzy już odeszli. Te informacje pojawiłyby się na tabliczkach przy drzewach. Byłaby to więc okazja do wzmacniania lokalnego patriotyzmu, edukacji, budowaniu społecznej tożsamości. Malborskie Stowarzyszenie OŚ, którego jestem członkiem, zaproponowało już taki projekt pn. Drzewa Życia. Jestem autorką i pomysłu, i wniosku. Jednak konkursy ogłoszone w 2016 r. przez Burmistrza Miasta Malborka nie przewidywały realizacji takich zadań. Idea to połączenie naszej pamięci o naszych miejscowych bohaterach, danie im symbolicznego drugiego życia w postaci drzew, które nam, współczesnym, dostarczą niezbędnego tlenu.
Co ważne, minus, czyli teoretyczną okazję dla złodziei i wandali, można przekuć na plus: ustawienie parku w miejscach, które wskażą mieszkańcy, gwarantuje, że będą się za całe przedsięwzięcie czuli odpowiedzialni. A gdy park odjedzie, być może powalczą o własny teren zielony w sąsiedztwie, np. w ramach Malborskiego Programu Partnerstwa Lokalnego, bo poczują smak relaksu na łonie natury. Trudno wszak podważyć tezę, że przyroda, drzewa, kwiaty mają niebagatelny wpływ na podniesienie jakości życia mieszkańców. Że czynią je nie tylko piękniejszym, ale i zdrowszym.
Proponowany przeze mnie projekt ma też wymiar społeczny, integrujący osiedlowe wspólnoty, umożliwiający powstawanie koalicji złożonych z organizacji i grup nieformalnych, które stawałyby się opiekunami parku, ale i animatorami działań prowadzonych w tej przestrzeni.
Mobilny park po kilku latach mógłby stać się nagrodą dla któregoś z osiedli czy lokalnej grupy i zakotwiczyć gdzieś na stałe. A w jego miejsce można powołać do życia nowy, nowocześniejszy, inny."
I przyszła odpowiedź z oceną negatywną. "Wnioskowane zadania wymaga opracowania projektu z kosztorysem, wskazania konkretnych lokalizacji w mieście i formy, być może uzgodnionej z miejskim konserwatorem zabytków." Właściwie nie wiem, dlaczego opracowanie projektu nie miałoby być elementem zadania.Tegoroczne przedsięwzięcia wykonywane w ramach budżetu obywatelskiego poprzedzało przygotowanie dokumentacji i, co ważne, nie dotyczyło kilku donic, a na przykład zagospodarowania od nowa sporego skweru... Co więcej, nie narzucałam nikomu gotowej kolorystyki, gatunków roślin, typu materiałów, bo znając specyfikę miasta, zakładałam, że właśnie o tym zdecydują urzędnicy. Dla mnie ważniejsza była bowiem idea, społeczny wymiar. Tym bardziej zatem nie podałam lokalizacji, co okazało się wielkim minusem wg oceniających, bo park miał być wszak... mobilny, mieli więc o jego usytuowaniu zdecydować mieszkańcy, którzy później opiekowaliby się roślinami i całym wyposażeniem... To jest możliwe. Skąd wiem? Bo sama czułam się odpowiedzialna za kilka aksamitek, które posadziłam kiedyś na skwerku na Stary Mieście. I chodziłam z kilkoma pięciolitrowymi baniakami na grzebiecie, by je podlewać. Po prostu, nalewałam wody w łazience i szłam na miejsce. W czasie upałów dwa razy dziennie, rano i późnym popołudniem. Nie spadła mi z głowy korona, ani nic. Pewnie więcej płaciłam za wodę, ale traktowałam to jak mój wkład w ukwiecanie przestrzeni publicznej.
W piśmie z Urzędu Miasta tłumaczy mi się, że "ponadto koszt realizacji zadania jest trudny do oszacowania, ponieważ uzależniony jest od gotowego projektu, który musiałby uwzględnić skalę i wielkość, rodzaj i ilość roślin, rodzaj i jakość użytych materiałów. W koszcie realizacji zadania trzeba również uwzględnić koszty obsługi, takie jak: opieka, transport, przechowywanie zimą".
Ja to wszystko rozumiem, sama napisałam o potrzebie ochrony przed przemarzaniem i wybraniu miejsca do zimowania... To po pierwsze. Po drugie, realizację, moim - nieurzędniczym całkowicie - zdaniem, można dopasować do możliwości. Jeśli napisałam, że ma to kosztować 35 tys. zł (dla mnie to kwota zawrotna), to można tak manewrować, by nie przekroczyć tego budżetu nawet o złotówkę. Co więcej, prywatnie chyba wszyscy tak potrafimy, by mierzyć siły na zamiary. Sama mam na balkonie bardzo dużo różnych roślin, w tym drzew, ale na pewno wraz z ziemią, donicami, koszami, konewkami, wyposażeniem dodatkowym, krzesełkami, stolikiem itp. nie pochłonęło to 35 tys. zł. No owszem, wiadomo, że można tyle wydać, a można nawet więcej. Ale... po co? Gdybym nagle zwariowała i wytargała wszystkie obsadzone pojemniki np. na podwórko przed domem, na pewno powstałaby z tego całkiem spora zielona aranżacja. Nie wiem zatem do dzisiaj, na czym polega problem.
Dobrze, że czasami rośliny robią w mieście co chcą. Możemy nacieszyć nimi oczy choć przez chwilę, nim zostaną wytępione na zlecenie urzędników...

środa, 21 września 2016

Torebka służy do obrony, czyli nasz park



To nasz park z mojej wyobraźni. W rzeczywistości jest piękny, choć zdecydowanie mniej ukwiecony.

Damskie torby owiane są niemal legendą. A to, że mieszczą pół domu, a to, że kryją wielki bałagan, przez który nic nie można znaleźć. Ile kobiet, tyle torebek i tyleż funkcji. To nie tylko przedmiot do noszenia w ręku lub na ramieniu, w którym mamy to, co jest w danej chwili najbardziej potrzebne, a dla wielu pań ważny dodatek do stroju. To może być nawet... broń. I właśnie taki sposób wykorzystania torby mnie zainspirował.

Kto z Malborka, ten wie o ponad stuletnim parku, którego część może trafić w prywatne ręce. Trwa dyskusja, czy powinno się to stać, czy też może lepsze rozwiązanie, to zachowanie obecnego status quo.

Może to się skończyć tak, że będziemy mieli kolejny ogrodzony płotem fragment, do którego dostęp będzie możliwy po wniesieniu opłaty. Gdzie przyroda nie będzie główną bohaterką spaceru, a jedynie tłem dla plastikowego świata. Argumenty, które mają przekonać do takiego rozwiązania, to przede wszystkim fakt, że teraz miejskie tereny są zaniedbane i niezagospodarowane.
Że nie wszystkie są tak dopieszczone, jak mogłyby być, to widać gołym okiem. Ale dlaczego mamy zagospodarowywać przyrodę? I co to właściwie oznacza? Park może mieć tyle funkcji, co... damska torba. Dla jednego będzie miejscem do spacerowania czy jazdy na rowerze, inny będzie go fotografował, jeszcze inny po nim biegał, ktoś przysiądzie na kocu lub trawie, pobiega za piłką z dzieckiem, poleży na słońcu, pozbiera liście lub żołędzie, posłucha śpiewu ptaków, albo po prostu zatrzyma się, zamknie oczy i zacznie marzyć. Ile osób, tyle możliwości. Dlatego im mniej jest w przyrodzie ludzkiej ingerencji, tym więcej może się w takiej przestrzeni zadziać. Nie mówiąc już o tym, że wyświadczylibyśmy w ten sposób parkowi wielką przysługę, chroniąc jego dzikość i różnorodność całego ekosystemu. Zresztą, natura jest wystarczająco piękna, nie trzeba jej dodatkowo upiększać. Pamiętamy przecież krasnale w ogrodzie, które stały się symbolem skłonności przesady i kiczu.

Park jest nasz - napisałam więc na swojej torbie. Uważam, że każdy powinien mieć do niego dostęp w każdej chwili, bo to miejska zieleń, powinna więc być demokratyczną, otwartą przestrzenią.

To mój torebkowy głos w dyskusji. A torbę uszyłam sama. Dostałam długaśną spódnicę z dzianiny, która miała w składzie bawełnę i len. Uszy odprułam od zbyt zniszczonej już innej torebki. I tak powstało tło dla mojego hasła.


To hasło na najbliższe tygodnie.

Torbę uszyłam sama, wykorzystując używane rzeczy.

O tym, że natura jest piękna, niech świadczy to archiwalne zdjęcie. Kto pamięta to miejsce, ten wie, że teraz nie przyroda jest tam główną bohaterką.

Ten malowniczy zakątek wygląda teraz zupełnie inaczej. Na pewno został pozbawiony zielonej magii.

środa, 20 lipca 2016

Czas mija, zieleń zostaje

Czas, który minął, widać w kącikach naszych oczu i ust. I jeszcze po dzieciach, które nagle, nie pytając nas o zdanie, stają się dorosłe...
Ale  rośliny, nasi podopieczni, też potrafią pokazać, że nic nie stoi w miejscu, że wszystko płynie. Nie zastanawiałam się nad tym aż do ubiegłego tygodnia, gdy nagle musiałam sosnę przestawić, bo za mocno targał nią wiatr. Zdałam sobie sprawę, że nie jest już maleńką siewką, ale sporym drzewem.
Przejrzałam zachowane zdjęcia. I rzeczywiście, moje rośliny rosną, skubane, wzwyż i wszerz. I tylko ja się nie zmieniam ;-)

To balkonowy ogród dzisiaj.


Awokado w marcu 2015 r. było jeszcze pestką, która pękła, by wydać na świat roślinę.

Dzisiaj awokado ma się całkiem dobrze, stanowiąc tło dla oliwki.

Dwie brzozy. To moje marzenie, bo od zawsze uważam, że brzozowe sąsiedztwo wpływa bardzo pozytywnie. Na wszystko, więc i na nas. Prawa jest wypasiona, kupiona, szczepiona. Lewa to siewka przyniesiona niechcący z sadzonką sosny. Rosła wolno, pozostając nieco w cieniu siostry.

Jak widać, w ubiegłym roku obydwie były chudzinami. Ot, para patyków z kilkoma listkami.

W tym roku brzozy szaleją. Siewka z lasu stała się już konkretnym drzewem, druga też się zagęściła. Szum ich liści to najpiękniejsza muzyka świata!

Bugenwillę przyniosłam do domu trzy lata temu. Tu jeszcze w siatce, z bukietem polnych kwiatów.

Tu już w osłonce, na balkonie.

A tak bugenwilla wygląda w tym roku. Jest już sporym krzewem.

Chmiel został przeze mnie kilka lat temu uratowany od śmierci na budowie wiaduktu. Najpierw piął się po poręczy. Jednak niszczył go wiatr.

Lepiej mu, gdy tworzy zieloną ścianę w towarzystwie innych pnączy.

A to przyniesione przeze mnie w 2013 r. z targu różne rośliny. Jednoroczne, wiadomo, są już tylko wspomnieniem. Róża przegrała z mrozem. Ale plektranus, który znajduje się misce z lewej strony, wciąż żyje. I wciąż rośnie.

Tak plektranus wygląda trzy lata później. Dobrze znosi zimowanie w domu. Teraz doskonale maskuje zgromadzone w kąciku zapasy ziemi i doniczek.

W zielonych doniczkach - sosenki. Tak właśnie wyglądały, gdy w 2012 r. wprowadziły się do mnie. Wówczas nawet krzak pomidora koktajlowego wyglądał przy nich gigantycznie.


Przed dwoma laty wczesną wiosną sosny wylądowały w większej donicy.

Tak prezentowały się w sierpniu ubiegłego roku.

A tak sosny wyglądają obecnie. Już w kolejnej donicy...