Google+ Followers

wtorek, 14 lipca 2015

Miasto w kwiatach

Spędziłam kilka dni w swoim rodzinnym mieście. Za oknem - zielona "nuda".

To widok z okna mego panieńskiego pokoju - zielone szumiące morze sosen. I ten zapach... Jest za czym tęsknić.


Aksamitki na sosnowym tle.
 Wybrałam się też do centrum. Chciałam odwiedzić wszystkie stare kąty.

Na dzień dobry miasto rozłożyło przede mną kwiatowy dywan. Czułam się, jak ktoś zupełnie wyjątkowy. To tak naprawdę nie jest nic wyszukanego: aksamitki i begonie, chyba najbardziej popularne kwiaty. I najtańsze. A jednak zdobią. I dają radę, nawet w wielkim upale.

Druga kompozycja też aksamitkowa, ale zamiast begonii, w środku nasadzono czerwoną szałwię.

Taki dywanik naprawdę przyciąga wzrok, ale i pszczoły, które w mieście potrzebują krótkich przystanków. Na pewno wygląda atrakcyjniej niż spalona słońcem trawa...

I jeszcze jedna kompozycja. Widać, o ile lepiej od wysuszonej lipcowym słońcem trawy wyglądają kwiaty...
To też w centrum. Niewyszukane kwiaty tworzą barwne plamy na tle zieleni, przy których trudno przejść obojętnie.

Kompletnie niedostępne dla przechodniów prywatne podwórko za kutą bramą w centrum miasta. Ale któż nie chciałby mieć w sąsiedztwie takiej zielonej ściany? Chce się rzec: do dzieła. To nic trudnego obsadzić najbliższe otoczenie winobluszczem. Szkoda, że nie zobaczę go jesienią, gdy przebarwi się na czerwono. 

Tym miejscem trudno się zachwycać. Wcześniej było zielone, teraz króluje kamień. Gdyby nie doraźna kurtyna wodna, byłoby zupełnie puste, choć - podobno - to, co zrobiono ze Starym Rynkiem, to rewitalizacja...

Ale mimo że to kamienna patelnia, aksamitki wyglądają okazale. Jak widać, to naprawdę wytrzymałe i piękne kwiaty. I tanie. 
I jeszcze jedna kwiatowa odsłona na Starym Rynku.
Parę kroków dalej płynie Wisła. Na bulwarze było pusto, bo trafiłam na największe tegoroczne upały. Ale powitał mnie piękny zapach lawendy.

Lawenda pięknie się rozrosła. Widziałam ją w tym miejscu kilka lat temu i wówczas nie wyglądała tak okazale. Rośnie w sąsiedztwie tawuły, krzewu, którym obsadzono prawie cały Malbork. A jednak w takim wydaniu prezentuje się ciekawiej niż samotna.
Mak zabłąkał się na bulwarze.

Kawałek dalej - klomb liliowców. Pięknie kontrastuje z wszechobecną zielenią.


Pałac Biskupi też stanowi dobre tło dla liliowców przemieszanych z bergenią. Ta jednak ledwie zipała w upalne przedpołudnie.
Za to róże wyglądały pięknie. To żadna wielce szlachetna odmiana, za to obsypana kwiatami i mało wymagająca. Wiem, bo mam podobne na balkonie.
Bulwar kończy się przystanią. Mostek nad Zgłowiączką nie jest ukwiecony, ale za pełno na nim kolorowych kłódek.

Z drugiej strony również kłódki...

Za to przed katedrą zieleń i kwiaty. Kiedy byłam mała, mówiłam, że to "Kopernik na kiju"...


Kolorowa plama kwiatów jest również przy bazylice katedralnej.

Katedra jest naprawdę piękna. Zarówno na zewnątrz...

... jak i wewnątrz robi wielkie wrażenie.


Ale natknęłam się też na takie widoki. Nic nadzwyczajnego: donica, pelargonia i oleander. A jednak pięknie. 

To był naprawdę krótki spacer. Żar lał się z nieba, więc trzeba było uciekać. Ale i tak pozazdrościłam takiej ilości kwiatów. Podobno, jak mówią włocławianie, bywało lepiej i tym razem osoby odpowiedzialne za urządzanie kwietników aż tak się nie postarały w tym roku. A jednak to i tak więcej niż w moim obecnym miasteczku, gdzie króluje zgolona przy ziemi trawa... Wiosną co najwyżej wybijają z niej tu i ówdzie stokrotki, latem - powój polny. I tyle...