Google+ Followers

niedziela, 30 czerwca 2013

Kwiaty toną w betonie

W asfaltowo-betonowej dżungli każde miejsce dla kwitnącej rośliny jest dobre, by się zadomowić. Wystarczy nieduża przestrzeń w krawężniku. I gotowe.
A to oznacza, że każdy parapet da się zaadaptować na mały ogródek. I że kwiatom tak naprawdę nie potrzeba wiele, by cieszyły nasze oczy. Na ulicy to niby pospolite chwasty, ale ciut tam chłoną swymi listkami i coś tam nam oddają. Czy to nie czytelny sygnał, że warto sprzyjać naturze?

Roślinom nie przeszkadza, że w sąsiedztwie jest ruchliwa droga krajowa i stacja paliw. Mają się dobrze. Będą kwitły, póki... miejskie służby ich nie zauważą.

sobota, 29 czerwca 2013

Prosto z natury

Tak wyglądają moje rośliny teraz. Maki, nemezje, petunie, lobelia i hortensja w rozkwicie. Te, które stworzyły prawdziwą łąkę, siałam w kwietniu. W którymś z wcześniejszych postów były smętne puste doniczki. Teraz zieleń się z nich wylewa.
Jest cudownie. I pachnie maciejką.

Zdjęcie zrobione, gdy nie ma już słońca. Przed południem nie tylko pachną i cieszą kolorami. Szum samochodów zagłusza brzęczenie pszczół. Więc polubiły moją łąkę.

wtorek, 18 czerwca 2013

Nieco egzotyki w doniczkach

Mam nowe cudo w domu. Dipladenia (Mandevilla) się zwie. Na razie jest małe, ale przecież wszystko to, co małe, kiedyś urośnie. Najważniejsze, że kwitnie, do tego na czerwono.  Więc się nie martwię. Wygląda uroczo. A na brzegu doniczki przysiadła moja lalka, to znaczy nie, że moja, tylko przeze mnie uszyta. To tak świadomie na pokaz, by nie było, że tylko doniczki, doniczki i doniczki wychodzą mi spod igły. 


Na razie nowa roślinka stoi w domu. Muszę ją obserwować, bo wraz z nią wprowadziły się brzydkie mszyce.

A oto druga nowość, czyli bugenwilla. W cieplejszych krajach jest przecudnym krzewem, który kwitnie niemal cały rok. W naszych warunkach była podmęczoną roślinką w markecie. Ciut jej się pióropusz przerzedził przez tych kilka dni ostatnich, ale wyczytałam, że to normalne, więc mam nadzieję, że się zadomowi na stałe. 

Właściwie uratowałam tej roślinie życie, bo wykończyłaby się, biedaczka, na sklepowej półce...


niedziela, 16 czerwca 2013

Aksamitkowa akcja za nami

W piątkowe popołudnie rozdawałam swoją aksamitkową hodowlę. "A dlaczego?" to chyba najczęstsza odpowiedź na słowa, że rozdaję kwiaty za darmo, tylko po to, by Malbork zamienić w piękny klomb. Nie wszyscy chcieli, ale wielu innych naprawdę się ucieszyło. Z podarunku, z barwnej sadzonki, z sukienki, w którą była ubrana. Tak naprawdę właśnie stroje robiły furorę.
Czekam teraz na zdjęcia tarasów, balkonów, ogródków. Nie będzie głosowania, rankingów i pucharów. Nagrodą jest wszak pięknie urządzony zielono-barwny zakątek, który karmi zmysły, bo efekty są miłe i dla oczu, i dla nosów.

Tak było w piątek. Dziękuję wszystkim, którzy przyłączyli się do tej kwietnej przygody. Mam nadzieję, że będą ją kontynuować na własną rękę.

Waldemar Klawiński, prezes mojego stowarzyszenia Malborskie Centrum Kwadrat, bardzo mi pomagał podczas piątkowej akcji. Bo do każdego kwiatka dołączona była "instrukcja obsługi" aksamitki.

Siostry z ubranymi doniczkami.

Tak było na początku - dużo kwiatów i dużo wybierania. W pełnym słońcu pięknie wyglądała feeria aksamitkowych barw.

piątek, 14 czerwca 2013

Pożegnalne zdjęcie aksamitek

Setka kwiatów zapakowana, po południu będą zdobić święto miasta. Będę je rozdawać podczas festynu, by w ten sposób zwrócić uwagę, że nawet jeden kwiat może odmienić otoczenie. Żółta, pomarańczowa czy nawet prawie brunatna aksamitka posadzona na balkonie czy w doniczce na parapecie - ubarwia świat. A jeśli doda się do niej kolejną i kolejną - powstanie kolorowy ogródek. Wyobraźmy sobie - jeśli każdy mieszkaniec posadziłby jeden tylko kwiat, wokół nas pojawiłoby się  ich 38 tysięcy, czyli naprawdę wielki klomb!

84 doniczki z aksamitkami, ale kwiatów jest więcej, ponad setka.


To dopiero pierwsza odsłona mojej małej kampanijki, którą chcę zwrócić uwagę nie tylko na poprawę estetyki, bo to swoją drogą. Każda zieleń to świeży powiew dla nas, ludzi, zwłaszcza jeśli mieszka się przy ruchliwej trasie, jak ja. To również szansa na mniejszą ilość odpadów - rośliny posadzić można praktycznie we wszystkim, więc zamiast rozmaite pojemniki, plastikowe butelki czy nawet kalosze ekspediować na składowisko, można je wykorzystać. Ja ubierałam swoje "doniczki" w nieużywane ubrania, plotłam koszyki z foliówek i uszyłam z nich takie mniejsze woreczki, w sam raz na małe pojogurtowe pudełko. Ale każdy może zrobić coś innego, co tylko wyobraźnia mu podpowie.

To szybkie ubranka z foliowych worków.


Najbardziej zależy mi na tym, by pomysł ubierania miasta w kwiaty nie został potraktowany, jak przykład nieszkodliwego dziwactwa, ale by udało mi się nim zarazić jak najwięcej mieszkańców. Zobaczymy. Kto może, niech przyjdzie dzisiaj na Dni Malborka. A jeśli nie może, bo mieszka gdzieś w dalekim świecie - niech zasadzi na tę okoliczność choć jedną kwitnącą roślinę.

Po cichu liczę na zdjęcia parapetów, tarasów, balkonów i ogrodów. Chciałabym zobaczyć, dokąd trafiły doglądane przeze mnie od nasionka barwne aksamitki.

środa, 12 czerwca 2013

Odkrycia roku


Facelia dzwonkowata to bohaterka mojego tegorocznego balkonu. Kupiłam paczkę, skuszona widokiem niebieskawych kwiatów. I nie dowierzałam, że zdjęcie faktycznie odzwierciedla jej urodę. Kiedy pojawił się pierwszy dzwoneczek, zwołałam na oględziny wszystkich domowników. Oczywiście, nikt nie wydał okrzyków, ale nie dlatego, że zaparło im dech w piersiach. "Kwiat, jak kwiat" - usłyszałam. A na mój grymas dezaprobaty usłyszałam: "Nie jesteśmy tobą przecież". A ja podziwiam i podziwiam i zastanawiam się, jak mogłam do tej pory przeoczyć tę roślinę. A jest w uprawie niezwykle łatwa: wsypałam nasiona do doniczki, podlewałam, obserwowałam, trochę pogadałam do młodych siewek. I oto mam kobaltowoniebieskie dzwoneczki.

Ten kwiat to także stołówka dla pszczół. Facelia jest rośliną miododajną, może więc będzie to dla pracowitych owadów kolejny przystanek? Podobno każda kwitnąca roślina może pszczołom uratować życie - gdy lecą zmęczona do ula, mogą przysiąść i odpocząć.


Zachwycam się również trzykrotką ogrodową. Przeprowadziła się do mnie niedawno. Zakwitła. Ma bardzo ciekawą budowę kwiatu. Niestety, mój aparat średnio to uchwycił. Ale na żywo wygląda cudnie.

To pierwszy tegoroczny kwiat trzykrotki. Roślina wieloletnia, więc mamy szansę się zaprzyjaźnić. 




A to fragment aksamitkowej grządki. Już w piątek "wyjadą" z balkonu, by ubierać swoimi kwiatami moje miasto. Po południu będę je rozdawać podczas Dni Malborka.

To tylko przykład barwnych możliwości moich młodych sadzonek.

niedziela, 9 czerwca 2013

Ręko-dzieło i kwiaty

Nie ustaję w przygotowaniach do zbliżającego się ubierania miasta w kwiaty. Przez ostatnie dni przybyło kilkanaście nowych sukienek, w które przebiorą się aksamitki. A że już kwitną, będą wyglądać cudnie. To znaczy taką mam nadzieję.

To zapakowane w nieużywane ubrania i skrawki tkanin pojemniki po śmietanie i jogurtach, przycięte butelki i kartony po mleku. Do tego aplikacje, kwiatki ze ścinków i guziki, które kiedyś kupiłam na kilogramy.
Ale to nie znaczy, że zaniedbuję własny ogródek - czerwiec to czas, gdy robi się naprawdę kolorowo.

To tylko mały fragment, choć w tej chwili najbardziej barwny. Na niższym poziomie też zaczyna się ruch, ale poczekam, aż będzie wielokolorowo. I wyprowadzi się ponad setka aksamitek, które zaczynają się panoszyć.

piątek, 7 czerwca 2013

Aksamitki na parapecie

Moje wyhodowane roślinki czekają, by stać się atrakcją święta miasta. Będą wystrojone w kolorowe sukienki. To jedna z najnowszych kreacji, pierwsza która powstała na nowym sprzęcie, który trafił do mojego domowego warsztaciku.

To jedna z sukienek, które ubrała doniczkę, czyli pośmietanowy pojemnik. Moja szafa pomieściła już kilkadziesiąt różnych ubranek.

Ale nim aksamitki we wszystkich odcieniach żółtego, pomarańczowego i tak aż do czerwonobrunatnej, trafią w dobre, mam nadzieję, ręce, to trzy wylądowały na parapecie. Nie wiem, jak długo uda im się tam pomieszkać. Rosną w nieco kosmicznych pojemnikach, czyli butelkach po płynach, które zostały pomalowane srebrną farbą w aerozolu. W ten sposób wykorzystałam  plastik, bo żal było tak po prostu wyrzucić do śmietnika, zwłaszcza że na moim podwórku nie przewidziano żadnych koszy do segregacji. wszystko, jak leci, trafia do obrzydliwie brudnych kontenerów. Tak ma być do 1 lipca, bo potem - rzekomo - każdy mieszkaniec będzie miał możliwość selektywnej zbiórki, tak przynajmniej obiecują urzędnicy. Będę ich trzymała za słowo, choć ja i tak wiele odpadów po prostu wykorzystuję ponownie. Niepotrzebną odzież przerabiam na ubranka dla doniczek, które powstają z obciętych plastikowych butelek, przyciętych kartonów po sokach i mleku czy opakowaniach po twarożkach, jogurtach, kefirach i tak dalej. Domownicy już wiedzą, że jest grupa bardzo atrakcyjnych dla mnie odpadków, dlatego zawsze pytają: "to się przyda czy wyrzucić?" albo: "zbierasz to?". Więc gromadzę, układam, odkładam. I wymyślam nowe funkcje. Na przykład, przy pomocy szydełka, plotę koszyczki z foliówek.

To jedna z pierwszych osłonek na doniczki, którą wydziergałam.



Niestety, my, konsumenci, nie mamy wielkiego wyboru - np. nie możemy korzystać z wielorazowych butelek (są, ale w dziale produktów dostępnych po 18 roku życia, których - przynajmniej ja - nie kupuję na co dzień). A za to niektóre zwykłe rzeczy pakowane są w tysiące zbędnych papierów i folii. Takie herbatniki na przykład. Najpierw układa je się na plastikowej tacce, później zafoliowuje, następnie wkłada do kartonu, który również bywa dodatkowo zabezpieczony folią. Okropieństwo.

Trzy aksamitki w trzech srebrnych butelkach. W rzeczywistości wyglądają lepiej. Poza tym, na pewno się rozrosną. Zostały nakarmione i będą regularnie podlewane.

Kolorowym kwiatom towarzyszy uwielbiany przeze mnie od ubiegłego roku bluszczyk kurdybanek.

czwartek, 6 czerwca 2013

Miasto w kwiatach

Moje miasto jest niespecjalnie ukwiecone. Ale zdarzają się perełki. Jak róże, które tworzą cudną pachnącą aleję, a rosną tuż przy najbardziej ruchliwej ulicy. O tej porze roku przebijają nawet spaliny. Posadzone zresztą zostały jako zieleń izolacyjna, a więc chroniąca otoczenie przed uciążliwościami związanymi z obecnością w sercu miasta "krajówki", która łączy wschód i zachód Europy. Jeśli nie do końca są w stanie obronić mieszkańców przed hałasem i truciznami unoszącymi się w powietrzu, to przynajmniej swą urodą odwracają uwagę od sznuru aut ciągnących w obydwie strony.
Oto moje dzisiejsze bohaterki. 









A to już krzew rosnący przed jednym z bloków, też blisko centrum. Jest ogromny i cały obsypany kwiatami, które z bliska wyglądają dość egzotycznie. 


Jak dobrze, że ktoś wiele, wiele lat temu pomyślał, by posadzić zieleń, która produkuje tlen i zdobi nie tylko liśćmi. Dzięki temu możemy cieszyć się takimi cudeńkami.

sobota, 1 czerwca 2013

Moja przygoda ze skalniakami

Wszystko zaczęło się od marzeń o rojniku. To takie cudne rozetki, które rosną niemalże jedna na drugiej. Małe to, ale wdzięcznie wygląda. Udało się - doniczka obrośnięta wylądowała w moim koszyku. A potem - w niemrozodpornej glinianej donicy odwróconej do góry dnem.



Tak wyglądał mój rojnik kilka tygodni temu. Niby samotny, ale w tłumie kolegów na pewno czuł się raźniej.

Zaczęłam szukać i znalazłam kolejne rośliny. Jedne przyszły do mnie same, z działki koleżanki. Już rosną w nieużywanej makutrze. Kolejna porcja pochodzi z targowiska. Mam spory taras, ale nie wiedziałam, jak zaaranżować taki mały ciekawy skalniak. Najpierw zamocowałam gęsto doniczki do rynny, ale wyglądało to trochę byle jak. I naszło mnie na coś w rodzaju wertykalnego ogródka. Znalazłam kratkę do trawy, rozsadziłam trzy gatunki. I wyszło to, co widać na załączonym obrazku. Na razie rzadko rosną, ale myślę, że ów plaster miodu za kilka tygodni będzie wyglądał zupełnie inaczej. Na to liczę. Że będzie prawdziwą gęstwiną rozetek różnej barwy i wielkości.



A to świeżo posadzone rozetki. Jeśli patent się przyjmie, będzie można promować takie pionowe ogródki. W wielu miastach to sposób na izolację od hałasu czy spalin. Piękne byłyby takie wielkie zielone ekrany przy ruchliwych ulicach.
Aksamitki zaczynają kwitnąć. Te, które czekają na opiekuńcze ręce. Ponad setka rośnie jak na drożdżach. Wkrótce pójdą w świat, w końcu po to je siałam pod koniec marca. Ciekawam, czy mieszkańcy mojego miasta zechcą ubierać je w kwiaty.